Studia na Duke University – relacja Amelii

Stany Zjednoczone odwiedziłam pierwszy raz w życiu gdy miałam 15 lat. Dzięki uczestnictwu w programie stypendialnym FLEX (Future Leaders Exchange Program) mogłam spędzić cały rok szkolny w amerykańskim high school i mieszkać z amerykańską rodziną. Do tej pory pamiętam niedowierzające, pełne uznania i przerażenia jednocześnie spojrzenie mojej mamy, gdy powiedziałam jej, że znalazłam się w 1% osób, które zostały laureatami programu FLEX. W tamtym momencie obydwie wiedziałyśmy, że pomimo mnóstwa obaw i faktu że mam tylko 15 lat, to danej mi szansy na spełnienie dziecięcych marzeń o poznaniu kraju Disneya nie mogę nie wykorzystać. 

Wyjazd ten bardzo mnie zmienił – z nieśmiałej, niezaradnej dziewczynki, stałam się odpowiedzialną i pewną siebie kobietą. Poznałam amerykańską kulturę – pełną wielkich parad organizowanych podczas Thanksgiving, przebierania się na Halloween, zaangażowania w życie lokalnej społeczności, w tym działalność charytatywną. Pamiętam z jakim zaangażowaniem wspieraliśmy szkolną drużynę podczas meczu footballowego, jak przygotowywałyśmy się razem z „host” siostrami z którymi mieszkałam na kończący rok szkolny bal – prom. Zaskakując sama siebie, spróbowałam wtedy także nieznanej mi dotąd dyscypliny sportu jaką jest wrestling, ale także gry w tenisa, skoku o tyczce oraz występowania w musicalu. Pod koniec wyjazdu ciężko mi było powiedzieć, czy bardziej się cieszę, że w końcu zobaczę rodzinę i bliskich, czy bardziej mi smutno, że muszę opuścić mój nowy dom na drugim końcu świata. To wszystko sprawiło, że obiecałam sobie, że wrócę jeszcze do Stanów, na studia, aby na nowo tego wszystkiego doświadczyć.

Cel ten zaczęłam realizować poprzez naukę w klasie IB w liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, gdzie z pomocą nauczycieli i znajomych znalazłam wiele programów, które pomogły mi w samorozwoju, a także wsparły mnie w procesie aplikacji na studia za granicą. Jednym z takich programów był Program Mentoringowy EducationUSA. Weekendowe szkolenie w Warszawie pozwoliło mi spotkać wielu niezwykłych ludzi, z którymi już po pierwszym spotkaniu stworzyliśmy grupę na messengerze, która potem stała się dla mnie głównym źródłem motywacji i miejscem, w którym zawsze mogłam szukać wsparcia i ciepłych słów w gorszych momentach (a takowe też się zdarzały). Razem z Agnieszką i Filipem, pokonywaliśmy trudy klasy maturalnej, przygotowania do egzaminu SAT i cały skąplikowany proces aplikacyjny na amerykańskie uczelnie. Gdyby nie oni, ich wsparcie i przyjaźń nie wiem czy podołałabym presji związanej z wymagającym programem IB, maturą, przygotowywaniem aplikacji na studia i łączeniem tego wszystkiego z zajęciami pozaszkolnymi, z których zrezygnować nie mogłam i nie chciałam. Do tej pory pamiętam moje zwątpienia i momenty, w których miałam ochotę się poddać. Pamiętam jak wspólnie oczekiwaliśmy na informacje o decyzjach dotyczących przyjęć na studia, gdy otrzymywaliśmy rejection letters od uczelni, w aplikacje w które wkładaliśmy mnóstwo pracy i serca. Ostatecznie, znalazłam się na czterech listach rezerwowych: Columbia University, Dartmouth College, New York University oraz Colby College i dostałam się na jedną uczelnię, odkrytą przypadkiem podczas aplikacji na Duke University – Duke Kunshan University (DKU). DKU to chińsko-amerykańska filia Duke University, która dopiero stawiała swoje pierwsze kroki jako uniwersytet oferujący studia undergraduate. Po miesiącach (a wręcz latach!) mozolnej pracy aby studiować w USA wydawało mi się wówczas, że nie jest to spełnienie moich marzeń, w końcu nie był to Harvard, czy Stanford, i uczelnia ta nawet nie znajdowała się w Stanach! Jednak coś wewnątrz mnie mówiło mi, że to właśnie tak ma być, że jest to perspektywa znacznie szczersza niż mogłam sobie wymarzyć.

Zaakceptowałam więc ofertę, ze stypendium pokrywającym większość wymaganych opłat i powoli zaczęłam przygotowania do wyjazdu do Chin. Zaczęłam uczęszczać na webinary, poznawać inne osoby z mojego roku i czytać więcej na temat Azji – kuchni, kultury, studiów, języka itd. Niestety okazało się, że ze względu na pandemię COVID-19 i brak możliwości otrzymania wizy studenckiej do Chin nie będę mogła wyjechać na DKU. Uczelnia zaproponowała alternatywnie studia przez pierwszy rok na Duke University, czyli jednej z top 10 uczelni w Stanach Zjednoczonych. I tak to właśnie obecnie jestem tutaj, w Północnej Karolinie, na kampusie Duke University i piszę ten tekst na laptopie w Twinnie’s Cafe, sącząc kawę (najważniejszy napój college students) i patrząc na jesienne liście spadające wprost na studentów idących na zajęcia. Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że będę studentką chińsko-amerykańskiej uczelni, że będę studiowała i w Stanach i w Chinach, to bym mu zapewne nie uwierzyła. To wszystko wydawałoby mi się zbyt abstrakcyjne (szczerze mówiąc nadal  takie mi się wydaje), a jednak czasami życie pisze własne, najbardziej nieprawdopodobne i wyszukane scenariusze, choć nie zawsze takie jakie byśmy planowali, ale zawsze mające jakiś konkretny cel. Będąc na Duke poza nauką wybranych przeze mnie przedmiotów takich jak „Race, Genomics and Society”, „Space Medicine”, języka chiński czy “American musicals”, dołączyłam do Deja Blue – damskiej grupy a capella, zostałam jedną z liderek Harmonies 4 Health, organizacji łączącej wolontariat z muzyką, oraz poznałam niezwykłe osoby nie tylko ze Stanów, ale także z Rosji, Meksyku, Indii, Niemiec itd. Moją współlokatorką jest Amulya, amerykanka indyjskiego pochodzenia, która na co dzień dzieli się ze mną swoją kulturą pokazując mi indyjskie filmy, częstując mnie indyjskim jedzeniem zrobionym przez jej mamę (yummmm) oraz zabierając mnie na występy jej azjatyckiego zespołu tanecznego.

Oczywiście czasem gdy zmęczenie się kumuluje, pojawiają  się problemy np. związane z brakiem możliwości powrotu do Polski na Święta Bożego Narodzenia. Brakuje mi rodziny, przyjaciół z Polski, tęsknię za naleśnikami z kakao mojej mamy i moimi cudownymi psiakami. Wiem jednak, że każda chwila, którą tu spędzam jest pomimo wszystko bezcenna. Każdego dnia uczę się życia, staję się bardziej samodzielna, odpowiedzialna, uczę się komunikować z ludźmi różnymi narodowościowo i kulturowo, pracować w grupie i dostosowywać się do nowych środowisk i zmieniających się sytuacji. Codziennie się rozwijam i wiem, że wracając do Polski za kilka miesięcy nie będę już tą samą skromną, czasem nieporadną dziewczynką, która wyjechała i uważam, że jest to absolutnie niesamowite. Jeśli tak jak ja, od dziecka marzysz o studiach w Stanach Zjednoczonych, ale nie wierzysz, że to marzenie ma szansę się zrealizować, to zatrzymaj się na chwilę i pomyśl o tym, jak wielu jednak innym osobom się to udało i jak bardzo możesz żałować nie próbując spełnić tego marzenia. Do końca życia prawdopodobnie będziesz się sam siebie pytał: a co by było gdyby…? Zresztą nawet jeśli się nie uda, to po drodze masz szansę pozyskać przyjaciół na całe życie (pozdrowienia dla Filipa i Agi!), a także rozwinąć wiele umiejętności, dlatego próbuj i nie zniechęcaj się jak coś nie wyjdzie, bo każda porażka to wcale nie przeciwieństwo sukcesu, a jedynie krok do jego osiągnięcia 🙂

Scroll to Top